Krok po kroku,
krok po kroczku,
najpiękniejsze w całym roczku,
Idą święta,
idą święta…

Kiedy tak sobie myślicie, że pojutrze będziecie musieli lecieć do sklepu z wypchanym portfelem po prezenty dla najbliższych, to uświadamiacie sobie jak szybko leci czas. Jakby w czoraj Asiape powiedziała że więdnie z tęsknoty, jakby wczoraj narzekałem że nie potrafię pisać, jakby wczoraj nie poszedłem na dyskoteke bo Hubertowi przypomniało się że miał mi coś przekazać. Czas leci szybko, za szybko. Ma to swoje plusy i minusy. Jednocześnie moje urodziny (11.12, remember that!) zbliżają się taaaakimi susami, ale klasówka z Histori (7.12, zgiń, przepadnij!) równie szybko skacze. Każdy poniedziałek zaczyna sie od sławnych już słów „jeszcze parę minutek mamo”, ale i tak jestem zrzucany z łóżka i o chwiejnych krokach zmierzam w strone toalety. Myje zęby, odświeżam się i teraz wtył zwrot i… ekhm, przepraszam. Plan jest napięty, w poniedziałki i środy mam angielski dodatkowy, co zwykle skłania mnie do tak szybkiego odrabiania lekcji że wręcz przy stole nawijam spaghetti i obliczam kolejne ciągi liczb (nigdy więcej matematyczna klasa, wolę humanistyczne ;P,) ale każdego dnia mówię sobie że to tylko poniedziałek, i jeszce tylko pięć dni do piątku, śmiesznie wygląda ale działa. Więc, ogólnie rzecz biorąc trzymam się w kupie z leciutko naderwanym workiem mięśni, życie toczy się dalej i eliminuje słabych, więc nie stójcie na środku szosy i oczekujcie zbawienia tylko „move your ass” i do przodu. Tak, to do Ciebie.